Helping By Painting

Chcę malując pomagać

Małgorzata P. Bonikowska

Jul 16, 2008

Wystawa Veroniki Szkudlarek "A Goat for Charlotte"

 

 

Veronika w Ruandzie, malująca swój obraz ścienny

 

Większość artystów widzi sztukę jako coś co jest oddzielona od tzw. zwykłego życia wielką przepaścią. Mimo że w swojej twórczości korzystają przecież ze świata ich otaczającego, jest to związek czysto estetyczno-emocjonalny.

 

Są jednak tacy, dla których tworzona przez nich sztuka ma służyć innym, ma być "zaangażowana". Z potrzeby serca. Taką artystką jest młoda, niezwykle utalentowana 23-letnia malarka z Montrealu Veronika Szkudlarek.

 

Urodzona w Kanadzie, ale wychowana w polskiej rodzinie (jej starsza siostra urodziła się w Polsce), ma dwie pasje - malarstwo i los ludzi pokrzywdzonych, na całym świecie. Udało jej się po łączyć te dwie pasje i właśnie w Toronto, w galerii 1313 przy 1313 Queen St. W. można do 20 lipca oglądać fascynującą wystawę tej wrażliwej na niedolę innych i pragnącą swoim talentem pomóc im, artystkę.

 

Sztuka dla niej jest zetknięciem tego, co tworzy - czy obraz na płótnie, czy na ścianie, z ludźmi, do których tą sztukę niesie, którzy może nieczęsto odwiedzają galerię sztuki, a tak mają możliwość wejść w interakcję ze sztuką. Zawsze bierze udział w imprezach artystycznych o szerokim zasięgu, wychodzącym ze sztuką do ludzi, w świat.

 

Torontońska indywidualna wystawa, zorganizowana przez prężnie działającą grupę polskich artystów Canadian Polish Art Initiatives, jest efektem zeszłorocznego pobytu Veroniki w Ruandzie, gdzie spędziła trzy tygodnie w ośrodku dla ofiar ludobójstwa, tworząc malowidło na ścianie, tzw. mural. To niezwykłe doświadczenie zainspirowało Veronikę do stworzenia cyklu obrazów poświęconych Ruandzie, aby pomóc poznanym tam ludziom.

 

Małgorzata P. Bonikowska: Jak doszło w twoim życiu do spotkania sztuki ze sprawami społeczno-politycznymi?

 

Veronika Szkudlarek: Te sprawy interesowały mnie od kiedy pamiętam - miałam chyba cztery lata, kiedy dowiedziałam się o kanadyjskich Indianach i namalowałam obraz ukazujący ich los. I tak już zostało przez okres szkoły, kiedy interesował mnie konflikt na Bliskim Wschodzie, sprawy kobiet. O tych kwestiach czytam bardzo dużo, a studiując sztukę w Montrealu studiowałam jednocześnie drugi kierunek - historię. Nikt poza mną ze studentów akademii sztuk pięknych tego nie robił, ale dla mnie była to wielka pasja.

 

M.P.B: A jak doszło do wyjazdu do Ruandy?

 

V.S.: Kiedy skończyłam studia licencjackie, chciałam zrobić sobie prezent i dokądś pojechać, ale chciałam też, aby miało to jakiś głębszy sens i wartość dla innych. Moja przyjaciółka z Montrealu mieszkała wtedy w Ruandzie i postanowiłyśmy, że pojadę do niej. Chciałam, aby ten wyjazd miał jakiś dodatkowy cel i ustaliłyśmy, że namaluję to malowidło ścienne w ośrodku o nazwie Mother Theresa Missionaries of Charity Orphanage. Mieszka tam 150 dzieci osieroconych w czasie ludobójstwa w Ruandzie (w 1994 roku - przyp. red.) i dorośli ludzie, którzy przeżyli tak straszny koszmar, straciwszy wszystkich bliskich i stając się ofiarami przemocy, że teraz nie wychodzą poza mury tego ośrodka. Pojechałam, mając w plecaku jedną parą szortów, a poza tym same farby i pędzle. Przez te trzy tygodnie spędziłam półtora tygodnia, osiem godzin dziennie, malując, czując za swoimi plecami obecność dzieci i dorosłych, nawiązując z nimi kontakt. Dla nich byłam wróżką, czarodziejką, mieszając kolory - z żółtego i czerwonego, uzyskując pomarańczowy. To doświadczenie było tak niezwykłe i wzbogacające mnie wewnętrznie, że postanowiłam, iż po powrocie muszę zrobić coś, aby pomóc tym wspaniałym ludziom. Niestety, wysyłanie pieniędzy do ośrodka nie jest najlepszym rozwiązaniem, ponieważ zgodnie ze statutem, zarząd ma prawo przeznaczać te środki na wybrane przezeń cele. A ja bardzo chciałam pomóc bezpośrednio komuś kogo osobiście poznałam, wiedząc, że pomoc trafi właśnie tam, bez pośredników.

 

M.P.B.: A skąd się wzięła Charlotte i kozy?

 

V.S.: Po opuszczeniu ośrodka przez dzieci po osiągnięciu przez nie wieku 14 lat, trafiają one do społeczności zwanej Nsanga. To właśnie ten ośrodek, przeznaczony dla ofiar ludobójstwa, otrzymał wiele pomocy od mojej przyjaciółki, która zdobywała pieniądze z Kanady. Idea ośrodka polega na tym, że społeczność ta sama dla siebie buduje to, co jest jej potrzebne i korzysta z tego. Poznałam tam starszą kobietę, Charlotte, wychowującą samodzielnie dziewięcioro wnuków, których rodzice zostali zamordowani. Wyjeżdżając, spytałam Charlotte co by się jej przydało i usłyszałam, ku swojemu zdziwieniu - koza! Ja bym na to nie wpadła. Koza to mleko, to transport. Pomyślałam, że za każdy sprzedany obraz, mogę wysłać bezpośrednio na konto Charlotte i jej przyjaciół w Nsanga pieniądze na zakup kozy. Dzięki tej idei w Nsanga buduje się teraz miejsce, gdzie cała społeczność będzie hodowała kozy i krowy. Temu służyła moja wystawa w Montrealu, a także ta, w Toronto.

 

M.P.B.: Czy jest zainteresowanie tą ideą?

 

V.S.: O tak, odwiedzam szkoły i opowiadam młodzieży o Ruandzie, o tym, jak żyją tam ludzie. Łatwo mi do tych młodych ludzi dotrzeć, bo ja sama nie jestem wiele od nich starsza. Łatwo się ze mną identyfikują. Radzę im, żeby robili to, do czego czują pasję i korzystali z tej pasji dla dobra innych. Opowiadam im, jak wiele nauczyła mnie wizyta w Ruandzie. Wtedy doszłam do wniosku, że przecież to, co umiem i kocham robić - malować - może pomóc innym ludziom. Zaproszenia dostaję także z uniwersytetów w Montrealu, Toronto, ostatnio University of Western Ontario. Z tych spotkań wynikły kolejne pieniądze na kozy i krowy dla Nsanga, bo szkoły przekazały dotacje na ten cel.

 

M.P.B.: Jak wiem, sprawy ofiar ludobójstwa fascynują cię szerzej. Wróciłaś niedawno z wyprawy do Polski - March of Remembrance and Hope. Czy to kolejna inspiracja dla twojej sztuki?

 

V.S.: O tak, to było niezwykłe doświadczenie. Studiując, wybrałam też bardzo ciekawy kurs o ludobójstwie. Mój profesor zaproponował mi udział w wielokulturowej grupie w ramach March of Remembrance and Hope, jadącej do Polski, aby studiować tam zjawisko ludobójstwa. Byłam w tej grupie jedyną Polką, a składała się ona z Kanadyjczyków z różnych wyznań i o różnych korzeniach. Bardzo to przeżyłam. Moje następne obrazy będą historią naszego przewodnika w Polsce, Żyda, który przeżył Holocaust, Pinchasa Guttera, wspaniałego człowieka. Jego historia posłuży mi także jako temat pracy magisterskiej na studiach magisterskich w Pratt University w Nowym Jorku, dokąd się dostałam i gdzie będą studiować od jesieni.

 

 

 

 

Veronika ze swoim mentorem Pinchasem Gutterem na wernisażu wystawy

 

 

M.P.B.: Czy polskie korzenie są dla ciebie ważne?

 

V.S.: Bardzo. Jestem Polką, mówię po polsku, wzrastałam w domu gdzie mówiono po polsku, gdzie jadło się polskie jedzenie. Ale jest we mnie też wiele innych tożsamości, które wynikają z tego, jak ważne są dla mnie sprawy innych ludzi, cierpiących, żyjących w niedostatku, prześladowanych.

 

M.P.B.: Takie połączenie aktywizmu politycznego i sztuki nie jest popularne. Wiele osób uważa je pewnie za niewskazane.

 

V.S.: Tak, to prawda, często to słyszę. Ale szczerość i autentyzm, to dwie najwyższe dla mnie wartości w sztuce. Nigdy, przenigdy nie mogłabym robić czegoś co nie spełniałoby tych warunków. Dlatego nie zamierzam oddzielać mojej sztuki od mojej działalności społecznej. To połączenie jest sensem tego, co tworzę. Myślę, że sztuka zaangażowana politycznie nie jest zbyt popularna, częściowo dlatego, że jest to dość niebezpieczna droga. Co ciekawe, mówi się, że przeciętnie w galeriach obraz oglądany jest przez trzy sekundy. Jeżeli mam trzy sekundy czyjejś uwagi, powinnam wykorzystać je, aby pokazać tej osobie coś czego nie wiem, coś, co zasługuje na jej uwagę, bo media nie robią tego zbyt dobrze - Darfur, miejsca, gdzie ludzie umierają i potrzebują pomocy. Przez te trzy sekundy chcę przekazać coś ważnego. Żeby osiągnąć zmiany, trzeba ludziom pokazywać problemy i mówić im o nich. Dla mnie musi być w perspektywie zmiana, inaczej w ogóle nie malowałabym.

 

M.P.B.: Właśnie osiągasz te zmiany, malując i pomagając przez swoją sztukę.

 

V.S.: To najważniejsze. Jestem wstrząśnięta, że ludzie jadą do Ruandy czy innych takich tragicznych miejsc na ziemi, piszą książki czy robią filmy, na których potem zarabiają duże pieniądze i ani cent z tego nie trafia do prawdziwych bohaterów tych książek czy filmów. To niemoralne - przecież to ich świat i ich tragedia jest źródłem tych pieniędzy!

 

•••

 

Veronika powróci ze swymi pracami do Toronto na Nuit Blanche jesienią, o czym będziemy informować. A teraz - warto zajrzeć w jej pełen zaangażowania i przepojony wrażliwością na dolę drugiego człowieka świat sztuki.

 

Małgorzata P. Bonikowska

 

9-20 VII Wystawa Veroniki Szkudlarek "A Goat for Charlotte"

Wystawa bardzo utalentowanej 23-letniej artystki malarki, zaangażowanej w pomoc ofiarom ludobójstwa w Ruandzie. Gallery 1313, 1313 Queen St. W. Wernisaż 10 lipca, www.g1313.org i web.mac.com/vszkudlarek, wstęp wolny.

 

 

 

Wernisaż udał się znakomicie - było mnóstwo gości, sprzedano kilka obrazów, a reakcje na sztukę i ideę Veroniki były znakomite.